Od początku

w ramach projektu chdwp.pl
w ramach projektu chdwp.pl Andrzej Świetlik
Szkoła na widelcu! Zacznijmy od początku. Tak, żeby była jasność. Skąd pomysł i po co to wszystko?

10 lat temu będąc w USA (Kalifornia nad jeziorem Tahoe) obserwowałem niezwykły, bogaty i piękny kraj pozbawiony czegoś co dla mnie zawsze było niezwykle ważne – dobrego jedzenia. Wiem, że może to zabrzmieć jak generalizacja, bo oczywiście mając pieniądze i czas znajdziemy tam produkty niezwykłe, ale generalnie było tragicznie. Od wszechobecnych fastfoodów, przez niekończące się hektolitry wysokosłodzonych napojów, aż po pozbawione smaku warzywa oferowane w zawrotnych cenach. A wszystko to- w otoczeniu luksusu i zbytku.



Pracowałem z dziećmi, sprzątałem i przyglądałem się ich diecie. Tostowe białe pieczywo, pseudo wędliny i para ser z czymś na podobieństwo ketchupu było podstawą diety tych dzieciaków. Nie muszę dodawać, że nie miałem zbytniego wyboru i jadłem to samo co oni. To był koszmar i męczarnia. Moje zdziwienie było tym większe, że dla nich to jedzenie było normą, codziennością tak oczywistą jak dla Brytyjczyka jaja na bekonie. Żywność niemal pozbawiona smaku, a jednocześnie tłusta, słona i piekielnie słodka.

W pamięci szczególnie zapadł mi moment kiedy dyrektor obozu, na którym pracowałem (wakacyjny obóz dla dzieci) zaproponował mi pracę w kuchni. Byłem bardzo podekscytowany. Chwilę później dowiedziałem się, że pracę stracił szef kuchni. Wtedy byłem już lekko przerażony. Niemal sto osób do wyżywienia i ja jeden. Jeden dzień szkolenia wystarczył. Właściwie tylko piętnaście minut. Lodówki i zamrażarki były pełne gotowego „jedzenia”. Wyciągnij z lodówki, rozpakuj, podgrzej i podaj. Szok.
Raz pozwolono mi przygotować obiad od podstaw. Kupić warzywa, mięso, ryż i przyprawy. Budżet przekroczyliśmy kilkukrotnie. Obiad przygotowywaliśmy wspólnie z dzieciakami i było przy tym masę zabawy. Raz.

Po trzech miesiącach przytyłem niemal dziesięć kilo. Byłem spuchnięty i nalany, mimo iż codziennie uprawiałem sport. Te dzieci nie miały szans by obcować z normalnym jedzeniem. Normą były chipsy, słodzone napoje, batoniki i białe pieczywo. Mrożonki i puszki stanowiły podstawę obiadu, a podstawowym narzędziem „kucharza” był otwieracz do konserw.

Jak to się ma do naszego kraju?

Dziś w prasie, Internecie i telewizji wrze na temat kolejnych stołówek, które maja zostać zamknięte. Dużo mówi się o tym co i jak jedzą dzieci, ale mam nieustające wrażenie że nie jest to temat wystarczająco ważny by stał się przedmiotem debaty politycznej. A powinien. Jeśli oszczędności samorządów dalej będą obejmować sferę żywienia dzieci i młodzieży to mamy szansę powtórzyć los USA i Wielkiej Brytanii, gdzie pogoń za obniżeniem kosztów spowodowała epidemię otyłości i nadwagi. Dziś koszty jakie ponoszą te kraje skłaniają ich decydentów do podejmowania środków zaradczych.
Michele Obama promuje zdrowe odżywianie, Tony Blair wsparł kampanię Jamiego Oliwiera.

W Polsce sprawa zamiatana jest pod dywan i mamy do czynienia z typowym przykładem spychologii stosowanej. Rodzice mają pretensje do kucharek, kucharki do dyrekcji, a dyrekcja do samorządów. A co na to rząd? Tu ścieżka się urywa, bo szkoły to sprawa samorządów i by coś zdziałać trzeba działać oddolnie. Integrować się by walczyć. Są przykłady, które pokazują że się da: chociażby Stargard Gdański (http://www.wybrzeze24.pl/aktualnosci/po-fali-krytyki-stolowki-szkolne-uratowane).
Pytanie czy znajdzie się masa krytyczna, która ocali szkolne stołówki i zadba o to, by serwowane w nich jedzenie nie tylko spełniało standardy higieniczne, ale przede wszystkim miało znamiona dobrego jedzenia. Świeżego, sezonowego, naturalnego i zdrowego. Takiego, które nie zrujnuje budżetu rodziców i zapewni dzieciom zdrowie. To się okaże.

To zależy od Nas!
Trwa ładowanie komentarzy...