Zjeść Warszawę, czyli gdzie jeść, by żyć?

Mógłbym długo rozpisywać się o maestrii smaku, mistrzowskich umiejętnościach chiefów i restauratorów, uroczych kelnerkach i urzekających wnętrzach, ale będzie krótko i na temat.

Miasto eksplodowało. Takiej ilości pysznych miejsc na mapie Warszawy nie można pozostawić bez komentarza. Nie byłem wszędzie i nie jadłem wszystkiego. Ale tam byłem i wiem, że to lubię. Teraz Wasza kolej. Sprawdźcie to!



Zaczynam na Powiślu, bo to jest mi najbliższe.

Solec 44 – autorska kuchnia, menu sezonowe i lokalne, domowe drinki i atmosfera dzielnicowej świetlicy + gry planszowe.

Dworzec Powiśle – tania i dobra pizza od Inferno. Tłumy. Pamiętaj o Reybanach i ajfonie.

Sam – jeszcze nie jadłem, ale im ufam – 6/12 w nowej odsłonie, a’la Charlotte – chleb i wino.

Dziurka od klucza – prosta włoska kuchnia, zmieniające się menu. Można oszaleć. Carbonara i wołowina z kluskami. Przytulnie i rozrywkowa obsługa.

Boscaiola – kuchnia włoska grzechu warta, nie tanio, obłędne ravioli, tłuste od masła, pyszne.

Warszawa – przekąski za 9 złotych, tani alkohol, wystrój nieistotny, jedzenie - tanie proste i pyszne, tatar i pyzy jak na Różycu. Piątka!

Przekąski zakąski – klasyk – niewiadomo czy płacić..

Tamka 43 – nie wygrałem w totka, ale Trzópek zna się na gotowaniu jak mało kto. Jedliście dorsza z czekoladą, ser pleśniowy na deser lub łososia w 42 C? Jak nie to warto. A poza tym Krzyś robi takie desery, że zabrałbym go do domu i to nie jest tak jak myślisz.

Top Fish – zupy rybne, smażone szproty i galareta z pstrąga – chcę tam wrócić, wnętrze niepozorne, sklep rybny i bistro w jednym. Dostawy w czwartki.

Wrzenie Świata – na kawę i spotkanie pracownicze, tanie przekąski, piękny lokal i przemiłe podwórze. Można kupić dobrą książkę.

Meta/ Foksal – ogórki kiszone!, strogonow, tatar i wódeczka – krótko, tanio i na temat. Zdrowie!

PIW – kuchnia Agaty. Agata gotuje… mmm. Warto. I ciastko czekoladowe też.

To tu – studencki fuzion wietnamsko/chińsko/polski. Dobre vege sajgonki i towarzystwo policji gwarantowane. Bardzo dobre ceny.

Than Pho – kocham, na kaca i co dnia, kawał porządnej wietnamskiej zupy, pho – numer 1 w menu – must be! Inne opcje w menu też warte uwagi. Anturaż spelunki nadaje sznytu.

Mela Verde – pizza jak trzeba.

Nam Sajgon – przestronne miejsce, dla tych którzy pamiętają wietnamskie jedzenie ze stadionu dziesięciolecia. Nie piszę za długo bo zrobię się głodny. Zamów nr 1 w menu.

Vitkac – na bogato, lunche kiedyś były za 50 zł za 5 dań. Widok, wnętrze, wykończenie.

Likus – marka sama w sobie.

Butchery and Wine – mięso, szpik i kacze serca, z grilla. Profesjonaliści w swoim fachu… i wino, ale to oczywiste. Ach .. i bavette – spytaj kelnera.

Charlotte – chleb i wino – koniecznie z ajfonem i w rejbanach, w dobrym guście, jest holenderka lub longbord. Poza tym dobre kanapki i bułka tarta za 7 zł – hit sezonu i uważam, że dobrze bo recycling w kuchni ważna rzecz.

Ministerstwo kawy
– poważnie podchodzą do sprawy. Mają fajną kawę zalewaną na zimno. Wnętrze piękne, logo też. Pan Minister się spisał.

Namaste India – raz na jakiś czas indyjskie trzeba zjeść i nie zbankrutować. Tu można zrobić obie rzeczy trzeba tylko uzbroić się w cierpliwość i nie mieć problemu z plastikową zastawą. Dobre.

Soul Kitchen – dawno nie byłem, ale wpadnę. Nowy szef kuchni Andrzej Polan – lubię jego kuchnie. Wnętrze ładne.

Przegryź – najdroższy mielony w mieście, karmią też psy, może nawet koty. Podobno
sam Najsztub gotuje rosół. Nie wiem tego na pewno, wiem że jest dobry.

Fleming – tanio nie jest, ale za to smacznie i w Towarzystwie.

6/12 – jedne z najlepszych śniadań w mieście, dobre produkty, soki i smoothies, można zaparkować nowym Ferrari.

Lokal Bistro – dają hamburgery z polskiej wołowiny, czar pustego wnętrza i majestatycznego okapu nad grillem, eko sałaty od Jabłońskiego.

Burger bar – hamburger z Kobe to przesada, ale chętnie zjem. Poza tym dobry kotlet. Mokotów zaczyna tętnić kulinarnym życiem.

Efez – najlepszy kebab w mieście. W cienkim cieście lavash, ze średnim sosem i baraniną. Jeden z najlepszych Fast foodów w mieście.

Soul Food bus – grzechu warte hamburgery. Gastro bus. Zajeżdżają znienacka. Sprawdź ich na fejsbuku. Swisburger podbił moje serce. Następnym razem z podwójnym kotletem. Nie wiem, czy przeżyję.

Merliniego 5 – na wino i steka i dla Pana Andrzeja. Restaurator z krwi i kości. Dobre nowojorskie wnętrze.

Non solo – można zjeść pizze. Nie wiem czemu sypią vegetę do sosu borowikowego, ale na pizzę jeszcze wpadnę.

Pasja smaku – robią serdelki, parówki i kiełbasę też. Jak ktoś lubi to zapraszam.

Magiel – dawno nie byłem, ale jak byłem to mi smakowało.

Atelier Amaro – boom, fala kontrowersji, konsekwencja, sztuka i niepodważalna pozycja na polskim rynku. Coś nowego. Przygotuj portfel.

Bar Mleczny familijny – można zjeść.

El Greko – lubię grecką kuchnie, ośmiornice, jagnięcinę i proste jedzenie. Cena za jakość, jak byłem to była.

China Garden – kawał drogi wart przebycia. Kacze szczęki, byczy penis i jajeczka. Menager i właściciel oddani sprawie prawdziwej chińskiej kuchni. Klasa.

Trattoria Rucola – dobra pizza, wnętrze dla mnie za krzykliwe, ale intensywnie się rozwijają. Nowe lokale na Kurczej i Miodowej.

Na Winku – lokalna dobra, tania pizza na Saskiej. Lubię z oliwą czosnkową i dodatkowym oregano. Czasem nawet pokalam ją sosem pomidorowym.

12 stolików – dobrej jedzenie, chief zna się na rzeczy, lubię domowy makaron, chief lubi kraby. Wino też mają. Przyjemne miejsce.

Thai Suprom – niepozorna budka, nie tak tanio, ale smacznie. Jak sama nazwa wskazuje po tajsku. A ja lubię tajskie.

Sunanta – kiedyś gotowała tam Suna – mistrzyni. Dobre tajskie jedzenie, nie tanie.

Dyspensa – wspominam kaczkę.. i tamte smaki. Pysznie było. Nowe ładne wnętrze. Po remoncie jeszcze nie byłem.

Fukier – byłem dawno, ale było godnie. Wnętrza, jedzenie – gra. Po polsku, po prostu. Tanio nie jest.

Spoko loko – jedyne miejsce, w którym nie jadłem, ale mówią że dobrze. Na Bemowie, w okolicach Szczecina. Tex mex Fast food. Salsę pomidorową chiefa jadłem i pamiętam do dziś. Na ostro robią.

PS Brak – fish and chips, hot dogów, kuchni marokańskiej, dobrych kiełbasek jak od pani Uli spod Hali Mirowskiej i chyba koreańskiej kuchni - brak. Za mało jadam na Pradze. O sushi nie piszę, bo to nie Japonia i Jiro nie byłby zadowolony. Poza tym tuńczyki są na wyginięciu.

PS 2 Od kilku dni w Warszawie można wynająć rower i na przykład udać się na kulinarny rejs po stolicy. To chyba jedyne wyjście, by nie umrzeć z przejedzenia.

PS 3 Przepraszam za ew. błędy. Mam dysleksję i jestem leworęczny. Kilka nowych miejsc podam jutro, bo już późno.

Dziękuję za uwagę.

Smacznego!
Trwa ładowanie komentarzy...