Nasze Stany Zjednoczone

To, co mam w głowie to kulinarna schizofrenia.

To już ostatnie dni w USA, Nowy Orlean - miasto grzechu. Moje myśli są gdzie indziej.
To, co mam w głowie to kulinarna schizofrenia. Z jednej strony to wszystko, o czym już wiecie, co wcześniej widzieliście w Super Size Me, Fast Food Nation i Food Inc – Stany z burgerem w ręku.

Z drugiej zaś strony prawdziwa kulinarna rewolucja (.. a może ewolucja?), która dotyczy niestety tylko części społeczeństwa, niekoniecznie tej najbardziej bogatej – a raczej tej niespokojnej, poszukującej…

Są tu jednocześnie i kulinarne mekki dla bogaczy, straszliwie drogie, ale są też i miejsca absolutnie niezwykłe i ogólnie dostępne.

Często wokół obserwuję tzw. pustynie jedzeniowe, gdzie na wielkich obszarach brak jest miejsc, w których można by kupić choćby najzwyklejsze warzywa. Z drugiej zaś strony w USA od kilku lat coraz większą popularnością cieszą się tzw. farmers markets – rodzaj lokalnych targów, gdzie produkty sprzedają rolnicy, bezpośrednio swym odbiorcom. Produkty, o jakich nawet nie śniłem, dzieła sztuki absolutnie wyjątkowe. Ze skrajności w skrajność. Coś jest na rzeczy.

Zmiana musi nadejść - bo jeśli w czterogwiazdkowym hotelu na śniadanie nie ma warzyw, a pod hotelem stoją drogie limuzyny, to mam wrażenie, że chyba coś jest nie tak.

Spotkałem wielu chefów, wielu z nich mówiło o ideach „from farm to table”. Najlepsi – jak Thomas Keller (The French Loundry, Buchon, Ad hoc) – mają własne ogrody. Ogrody powstają też w miastach i przy szkołach (https://www.facebook.com/groups/103576213024725/#!/photo.php?fbid=313040955470664&set=a.203996326375128.46077.147183818723046&type=1&theater, http://edibleschoolyard.org/). Uprawiają je dzieciaki, młodzież i okoliczni mieszkańcy, którzy chcą mieć więcej świeżych warzyw na stole i… rozrywki przy pieleniu grządek.

Jedzeniowa dyplomacja i zrozumienie kultury poprzez jedzenie (tak nazywa się projekt realizowany przez Departament Stanu, w którym biorę udział) to znak czasu. Znak zmiany i nie lada odwagi, by podjąć tak trudny i kontrowersyjny dla współczesnej Ameryki temat.

Odnoszę wrażenie, że dla wielu krajów może być to pozytywny impuls - by przez nowy pryzmat spojrzeć na politykę żywnościową i politykę wyżywienia, do tej pory w wielu miejscach świata tematy te jakby nie istniały.

Dziś jednak, gdy coraz częściej słyszy się wokół o „epidemii otyłości i nadwagi” - podróżując np. pociągiem, samochodem, czy samolotem prawie nie sposób zjeść coś normalnego, zdrowego. Gonimy stale w poszukiwaniu Prawdziwego Jedzenia – dopiero wówczas u wielu z nas zapala się „czerwona lampka”. W mojej głowie wciąż obecne jest pytanie, czy obudzimy się we właściwym momencie ? Czy my z osobna i my razem, jako nacja w miastach, wsiach i w sejmie weźmiemy sprawy w swoje ręce, czy pozostawimy rzeczywistość jedynie wszechpotężnej sile wolnego rynku.
Kulinarna wolna amerykanka to jak orzeł i reszka. Niewiele jest tu odcieni szarości. Wszechobecny i dostrzegalny dziś trend - dobre i dostępne dla bogatych, tanie i trujące dla biednych.


Dojrzeliśmy już wszyscy do społecznej debaty, która pozwoli zbudować nowy system wartości i zasad - ustali kanon niezbędnych działań.
Bez tego będziemy swobodnie dryfować w kierunku kolejnego Fast food nation – tym razem nad Wisłą.
Wasze zdrowie!
  • ZOBACZ TAKŻE:
  • USA
Trwa ładowanie komentarzy...