O autorze
Gotowałem od najmłodszych lat, w domu, kilkunastu restauracjach. Gotowałem z najlepszymi jakich znam – z Kurtem Schellerem, Robertem Sową, Modestem Amaro. To im i wielu innym zawdzięczam kulinarną wiedzę i pasję.
Studiowałem z pozoru abstrakcyjne kierunki dla kogoś kto na co dzień zajmuje się żywnością – Nauki Polityczne, Socjologię i… Bezpieczeństwo Żywności, ale dla mnie żywność to coś więcej niż tylko produkt. Kuchnia to coś więcej niż tylko gotowanie. To osobny wymiar, pryzmat, przez który można postrzegać otaczający nas świat.
Chcę by jedzenie było lepsze. Na co dzień świeże, sezonowe i lokalne, tradycyjne i nowoczesne zarazem, możliwie ekologiczne, choć nie lubię tego słowa. Zdrowe i pyszne.
Od kilku lat współpracuję z redakcją Dzień Dobry TVN. W tym czasie wspólnie udało nam się zrealizować kilkadziesiąt materiałów poświęconych kuchni. W Kuchni TV prowadzę Ł’apetyt – rzecz o tradycji i nowoczesności, o dobrych produktach. Z EFTE wydaliśmy EFTE COOK BOOK, a z G+J moją pierwszą autorską książkę ”Smakuje”. Z NORGE realizowaliśmy projekty edukacyjne, ze Swedeponic promujemy świeże zioła i pyszne jedzenie. A wciąż mam Ł’apetyt na więcej!
Mój/nasz najnowszy projekt to spełnienie moich marzeń – „Szkoła na widelcu” – to projekt edukacyjny skierowany do szkół i przedszkoli, którego celem jest działanie na rzecz podniesienia jakości odżywiania w państwowych i prywatnych placówkach żywienia zbiorowego – by jedzenie było lepsze!

Nasze Stany Zjednoczone

To, co mam w głowie to kulinarna schizofrenia.

To już ostatnie dni w USA, Nowy Orlean - miasto grzechu. Moje myśli są gdzie indziej.
To, co mam w głowie to kulinarna schizofrenia. Z jednej strony to wszystko, o czym już wiecie, co wcześniej widzieliście w Super Size Me, Fast Food Nation i Food Inc – Stany z burgerem w ręku.



Z drugiej zaś strony prawdziwa kulinarna rewolucja (.. a może ewolucja?), która dotyczy niestety tylko części społeczeństwa, niekoniecznie tej najbardziej bogatej – a raczej tej niespokojnej, poszukującej…

Są tu jednocześnie i kulinarne mekki dla bogaczy, straszliwie drogie, ale są też i miejsca absolutnie niezwykłe i ogólnie dostępne.

Często wokół obserwuję tzw. pustynie jedzeniowe, gdzie na wielkich obszarach brak jest miejsc, w których można by kupić choćby najzwyklejsze warzywa. Z drugiej zaś strony w USA od kilku lat coraz większą popularnością cieszą się tzw. farmers markets – rodzaj lokalnych targów, gdzie produkty sprzedają rolnicy, bezpośrednio swym odbiorcom. Produkty, o jakich nawet nie śniłem, dzieła sztuki absolutnie wyjątkowe. Ze skrajności w skrajność. Coś jest na rzeczy.

Zmiana musi nadejść - bo jeśli w czterogwiazdkowym hotelu na śniadanie nie ma warzyw, a pod hotelem stoją drogie limuzyny, to mam wrażenie, że chyba coś jest nie tak.

Spotkałem wielu chefów, wielu z nich mówiło o ideach „from farm to table”. Najlepsi – jak Thomas Keller (The French Loundry, Buchon, Ad hoc) – mają własne ogrody. Ogrody powstają też w miastach i przy szkołach (https://www.facebook.com/groups/103576213024725/#!/photo.php?fbid=313040955470664&set=a.203996326375128.46077.147183818723046&type=1&theater, http://edibleschoolyard.org/). Uprawiają je dzieciaki, młodzież i okoliczni mieszkańcy, którzy chcą mieć więcej świeżych warzyw na stole i… rozrywki przy pieleniu grządek.

Jedzeniowa dyplomacja i zrozumienie kultury poprzez jedzenie (tak nazywa się projekt realizowany przez Departament Stanu, w którym biorę udział) to znak czasu. Znak zmiany i nie lada odwagi, by podjąć tak trudny i kontrowersyjny dla współczesnej Ameryki temat.

Odnoszę wrażenie, że dla wielu krajów może być to pozytywny impuls - by przez nowy pryzmat spojrzeć na politykę żywnościową i politykę wyżywienia, do tej pory w wielu miejscach świata tematy te jakby nie istniały.

Dziś jednak, gdy coraz częściej słyszy się wokół o „epidemii otyłości i nadwagi” - podróżując np. pociągiem, samochodem, czy samolotem prawie nie sposób zjeść coś normalnego, zdrowego. Gonimy stale w poszukiwaniu Prawdziwego Jedzenia – dopiero wówczas u wielu z nas zapala się „czerwona lampka”. W mojej głowie wciąż obecne jest pytanie, czy obudzimy się we właściwym momencie ? Czy my z osobna i my razem, jako nacja w miastach, wsiach i w sejmie weźmiemy sprawy w swoje ręce, czy pozostawimy rzeczywistość jedynie wszechpotężnej sile wolnego rynku.
Kulinarna wolna amerykanka to jak orzeł i reszka. Niewiele jest tu odcieni szarości. Wszechobecny i dostrzegalny dziś trend - dobre i dostępne dla bogatych, tanie i trujące dla biednych.


Dojrzeliśmy już wszyscy do społecznej debaty, która pozwoli zbudować nowy system wartości i zasad - ustali kanon niezbędnych działań.
Bez tego będziemy swobodnie dryfować w kierunku kolejnego Fast food nation – tym razem nad Wisłą.
Wasze zdrowie!
  • ZOBACZ TAKŻE:
  • USA
Trwa ładowanie komentarzy...