Palestyńskie ulice, tabuleh i wielbłądy.

Bazar pachnie kminem rzymskim, mirażem przypraw i perfum. Wąskie uliczki ciągną się kilometrami, tworząc labirynt barwnych korytarzy. Na suku, bo tak się nazywa bazar – kupimy niemal wszystko. Biżuteria, buty, porcelana i świeże zioła.

Kiedy jestem w podróży czuję jak krew tętni w moich żyłach. Czuję, że żyje. Że oddycham. Każdy kilometr jest jak dodatkowa porcja adrenaliny.

Obraz, który przemija za oknem, wciąż nowy. Uwielbiam. Zapach miejsc, ulic, knajpek i restauracji. Zapach roślin i przypraw, zapach ziemi.

Migające światła i neony. Szum ulic.

W środku zimy marzę o tym by uciec. Na chwilę zapomnieć o szybkim zmroku, lepkim chłodzie powietrza. Słotę za oknem zapomnieć choć na chwilę.
Johniego poznałem w Waszyngtonie. Zjeździłem z nim pół Stanów, właściwie niemal całe, ale to temat na osobną opowieść.

Ta opowieść będzie inna.

To opowieść o kraju, który nie jest krajem. O kraju, którego nie ma. Który o ile jest to bardziej w sercach ludzi niż na mapie.

Przyjechałem tu by zapomnieć o obowiązkach, polityce i codzienności, choć tak bardzo ją lubię, chciałem odpocząć. Ale to była dość płonna nadzieja. Johnie postanowił urozmaicić mi życie. Rozpoczęliśmy naszą podróż od wizyty w jego rodzinnym domu. Gdzie gościnność jest tak oczywista jak szklaneczka araku. Mleczna barwa i anyżowy posmak to coś dla mnie, zważywszy na zamiłowanie do kopru włoskiego.
Potem kilka przystawek. Kobiety w kuchni. Mężczyźni na kanapach.. przez grzeczność nie skomentuję.

Na stole kremowy twarożek o lekkości jogurtu, lekko kwaskowaty z wszechobecną oliwą. Hummus – gładko zmielona cieciorka z czosnkiem, pastą sezamową, cytryną i czosnkiem, w sam raz z oliwkami i świeżo pieczoną pitą… ale to dopiero początek.
Faszerowane cukinie, bakłażany i faszerowane liście winogron. W środku ryż i mielona baranina, która tu smakuje wyjątkowo. Lekko kwaskowa z charakterystycznym baranim posmakiem. Kura pieczona w korzennych przyprawach i ryż o dziwo z makaronem, kardamonem, goździkami i zielem angielskim. Stół zastawiony niczym na weselu. To dopiero początek kulinarnej rozpusty.

Bazar pachnie kminem rzymskim, mirażem przypraw i perfum. Wąskie uliczki ciągną się kilometrami, tworząc labirynt barwnych korytarzy. Na suku, bo tak się nazywa bazar – kupimy niemal wszystko. Biżuteria, buty, porcelana i świeże zioła.

Kiszone ogórki, oliwki, kalafiory, masa pikli, świeżych warzyw, ziół, przypraw, ryb i mięsa. I podroby, bo to z grubsza inna kategoria. Łby i racice owcze tudzież jagnięce. Ogony, ozory, płuca i wątroby. Śledziona. Wiesz jak smakuje? Ja też nie. I fajne jest to, że tu nikt nie robi z tego hipsta mody na żarcie od ryja do ogona. Oni po prostu tak jedzą. Choć użerają się z sanepidem tak samo jak polska gastronomia.

Z całej tej wycieczki po Jerozolimie to nie jedzenie najbardziej utkwiło mi w głowie. Przemierzając zakamarki, snując się wąskimi uliczkami Johnie wciąż miał na ustach historię. Splatające się losy, kilku nacji, religii i masy zdarzeń, których nikt pewnie nie pamięta w całości. To miasto, te ulice to misterna układanka tak wątła jak domek z kart. Niby wojna, niby pokój. Żydzi, muzułmanie i Palestyńczycy. Wszyscy stłoczeni na świętej ziemi.

Już nikt nie pamięta od czego się zaczęło. Mało kto rozumie istotę konfliktu. Wróg obok wroga. Miasto innowierców. Święta ziemia poprzeszywana kolczastymi drutami.
Czasem sobie myślę, że chyba nie chcę tego zrozumieć.

Spotykamy Alę z Polskiej Agencji Prasowej. Ala zrobiła film o handlarzach i producentach warzyw. O Palestyńczykach, którzy nie mają możliwości handlowania swoimi warzywami, dla których import, czy transport ich własnych plonów do miasta, graniczy z cudem. Tu nic nie działa normalnie. Ziemi nie możesz zostawić odłogiem, bo ugór zabiorą.

Nie ma sensu żebyś inwestował, bo nikt nie wie, jak długo tu zostaniesz.
Niepewność i konsensus. Jak permanentny prztyczek w nos. Jak punkty kontrolne i przeszukania. Jak wrzód na dupie.

A co ciekawe noc rządzi się swoimi prawami. Miasto nie śpi. Kluby tętnią. Alkohol się leje. Kultury mieszają się w wirze przelotnych znajomości. Misji obserwacyjnych jest co najmniej kilka, może kilkanaście. Sex z żydowskim żołnierzem .. brzmi kontrowersyjnie.
Może lepiej wrócić do opowieści kuchennych.

Johnie twierdzi że kuchnia łączy ludzi. W kuchni to nie nacja, to kompetencje mają znaczenie. Od kilku lat promoują ideę gotowania dla pokoju. Chefs for peace. Kucharze wszelkich nacji pracują razem w pocie czoła w turystycznym przemyśle, który nie zna wojny. Tu jedynym wrogiem jest zmęczenie i nierentowność.

Kucharze dla pokoju – tu – się nie da uciec od polityki.

A jutro zjem wielbłąda.


ps. nie pisałem bo wciąż prześladuje mnie pytanie "co to jest kuchnia polska?" i o tym chciałem głównie napisać. Poza tym zrobiliśmy w międzyczasie jakieś trzydzieści programów i ze 20 tys. kilometrów. Ale obiecuje się poprawić. O Szkole na widelcu, kolejnym wypadzie i promocji parówek w polskich przedszkolach już wkrótce!
Trwa ładowanie komentarzy...